Opis wydarzeń po Fantazjadzie 2009
...oparty na dokonaniach graczy podczas LARP-a i ich deklaracjach co do zachowania postaci w czasie pomiędzy Fantazjadą 2009 i 2010.
Część pierwsza, od Beletynu do Samhain roku 491 e.A.
Rok 491 był to dziwny rok, w którym nadzwyczajne zdarzenia ściągnęły rozmaite klęski na gród Prasslaw i całe Księstwo Świn i Bolkowa. Oto w samo Beletyn naszły gród złe moce, siejąc zamęt i zgrozę. Poginęło wonczas od złych stworów, jak i od zbójców rozmaitych, wielu dobrych ziomków. Od zdradzieckiego sztyletu życie postradał sam Gniewko II, książę na Świnach i Bolkowie.
Nieszczęśliwie zdarzony a bezpotomny zgon władcy pogrążył księstwo w stan niepewności. Jakoś w lipcu dwór książęcy w Bolkowie rozpierzchł się na cztery wiatry, zostawiając pusty skarbiec. W sierpniu ławni Bolkowa ogłosili, że uznają gród za zwolniony od wszelkich danin, bo nie ma komu ich płacić, a była Drużyna Książęca Bolkowa odtąd staje się Drużyną Grodzką. I na wszelki pozór podnieśli podatki.
Za przykładem bolkowian rychło postąpiły pozostałe grody. Żniwa były słabe, a winobrania w książęcych niegdyś winnicach jakby wcale nie było. Nie dziwota zatem, że u progu jesieni na ziemiach byłego księstwa handel zamarł niemal ze szczętem. Ludzie kryją się po domach, gromadzą zapasy i nawet modły do Dumiel i Vortha nie podnoszą ich na duchu. Najstarsi ziomkowie nie pamiętają tak ponurego Samhain.
Najżałośniejsza dola zaś przypadła mieszkańcom Prasslawi. Okoliczne wioski, jak to Wrzaski, wyludniły się najdalej w kilka tygodni po Beletynie, bo i który ziomek chciałby za sąsiadów mieć ożywieńce i insze potwory? Nieliczni śmiałkowie próbowali zapuścić się do Matecznika. Jedni opowiadali potem, że gdy zagłębili się w las znienacka usłyszeli brzęk cięciwy, a w drzewo tuż przed ich nosem wbiła się szaropióra strzała czy też bełt. Zlękli się wonczas i wrócili do smętnej Prasslawi. Słusznie chyba uczynili, bo nikt inny z Matecznika nie wrócił.
Z końcem lata w Prasslawi panuje głód i gród się gwałtownie wyludnia. Samhain chyba nikt nie świętuje.
Kto by myślał, że wieści z szerokiego świata weselsze będą, myliłby się. W Księstwie Wzgórza antalijska krucjata okrążyła Twierdzę Ammana. Wszak Vanderowa stolica ma mocne mury, a który antalijski szlachcic rad siedzieć na oblężniczych szańcach, gdy na ojcowiznie żniwa? Wyprawa nieco się rozciągnęła i rozproszyła, a zanosi się na wielomiesięczne oblężenie.
Ponoć pomiędzy szlachtą i włodarzami, jak i klerem pospolitym mawia się, iż to harde, pogańskie księstwo Gniewka, gdzie nynie mroczne siły łeb podniosły, celem Wyprawy winno było być. A przeciągająca się krucjata na wzgórzańskich signurytów była błędem Inkwizycji. Oczywiście nikt zdrowy na rozumie nie wypowie tego głośno. Zresztą ponoć niedawno kilku dworaków króla Radomira trafiło na stos.
Część druga, od Samhain roku 491 e.A., do Imbolc roku 492 e.A
Niewesoło mijała jesień w Prasslaw. Sąsiedzi, czyli elfy i potworne sługi Pajęczycy, nie niepokoili wprawdzie ludzi- Być może dlatego, że nikt więcej nie odważał się zapuszczać na ich ziemie- Jednak były to już wszystkie dobre wiadomości.Tron Księstwa Świn i Bolkowa pozostawał pusty. Nie znalazł się nikt kto autorytetem dorównałby Gniewkowi II i każdy z siedmiu grodów pozostawał władztwem sam dla siebie. Dumiel i Vorth nie odpowiadali na modły wiernych, zranieni, lub po prostu obrażeni serią profanacji.
Spośród magów którzy, z Hierofantą na czele, po pamiętnym Belletyn salwowali się ucieczką przez portal, nie powrócił żaden. Studenci Akademii, pozbawieni ciała pedagogicznego, rozpierzchli się na cztery wiatry. Ławny Lothar odszedł, szukając lepszego miejsca do zrobienia kariery. Nieżyczliwe języki twierdziły, że nie zawaha się lizać butów Inkwizycji, jeśli
będzie trzeba. Ławny Biermucki, załamany po śmierci najbliższych krewnych, któregoś dnia pomaszerował samotnie w puszczę i słuch o nim zaginął... Podobnie jak o Wojskim,
ale o nim nie wiadomo nawet dokąd się udał.
Tym sposobem cała władza skupiła się w rękach Poleandra, swego czasu prostego Drużynnika. Grododzierżca, jak zwykle, ślepo wypełniał polecenia Ławy, choć
w tak okrojonym jej składzie.
Młody wojownik przystąpił do pracy pełen dobrej woli. Aby ratować gospodarkę grodu, dostarczył najuboższym Ziomkom i uchodźcom z Księstwa Wzgórza prostych
narzędzi, do wykonywania równie prostych towarów, które miały trafić na eksport. Równocześnie podjął duży wysiłek, by w każdej rodzinie jeden dorosły Ziomek
otrzymał jakąkolwiek broń i przeszedł w Drużynie szkolenie na milicjanta.
Nowym Wojskim, Poleander mianował porucznika Ulricha. Ten, po objęciu stanowiska, zasilił szeregi Drużyny o wszelkiej maści dezerterów i zabijaków,
obiecując im wysoki żołd i przywileje. Pogłówne egzekwował z całą stanowczością. Opornych spotykało mniej lub bardziej ciężkie pobicie i pobyt w lochu przez
czas zależny od humoru mężnego Wojskiego.
Mieszkańcy pozostałych grodów, postawieni przed politycznym i ekonomicznym Kryzysem, zacisnęli pasa. Pensje dla domorosłych rzemieślników opustoszyły
szkatułę, a kompletnie nikt nie chciał kupować wychodzącej spod ich rąk tandety. Nie pomagały też szkolenia milicji, które odrywały od pracy nieraz jedynego
żywiciela rodziny.
Zwerbowane do Drużyny zbiry, nie mogąc doczekać się obiecanych gruszek na wierzbie, a zachęcone idącym z góry przykładem, postępowały wobec ludności z
rosnącą brutalnością. Wkrótce ryglowano na noc drzwi, w obawie by Drużyna domów nie obrabowała i córek nie pohańbiła- Nie zawsze to wystarczało.
W Ziomkach narastała złość. Dość powiedzieć, że z rozrzewnieniem wspominano nawet złodzieja- Baltazara, nie mówiąc już o popularnym Dzierżymirze.
„Byli jacy byli, ale przynajmniej mieliśmy co do garnka włożyć...” Z nadejściem mrozów, odnotowano w obrębie murów pierwszy przypadek kanibalizmu: Drużynnik,
który za jakimiś ciemnymi interesami samotnie zapuścił się w niebezpieczny zaułek, został znaleziony martwy i częściowo zjedzony.
Demony wiedzą jak by się to skończyło, gdyby koniec nie przyszedł z zewnątrz.
Którejś nocy Prasslaw przebudziły nieludzkie okrzyki, wydzierające się z gardeł... Orków. Rzecz niemal nie do wiary, bowiem na tych ziemiach nie
widziano ich od ponad pół wieku- A jednak.Pech chciał, że wartę trzymali akurat nie weterani Drużyny, a ludzie z owego „świeżego” zaciągu, których atak zaskoczył w objęciach nierządnic.
Zemściła się pusta szkatuła, zaniedbane, z braku funduszy, umocnienia: Brama padła pod mocarnymi ciosami. Nim się kto obejrzał, liczne domy stały już w
płomieniach.
Ulrich pokazał, że z dowodzeniem w bitwie, radzi sobie dużo lepiej niż z polityką kadrową. Podniesieni na duchu jego siłą i odwagą, Drużynnicy stawili sprawny i twardy
opór przeważającemu wrogowi. W zaciętej walce z rąk bitnych Drużynników padły wszystkie zielone potwory.
Cóż z tego, skoro wały otaczały już jedno jezioro płomieni? Czego nie zrobili orkowie, zrobił żywioł. Promienie świtu oświetliły jedynie garstkę
zrozpaczonych niedobitków, szukających wśród popiołów resztek mienia. Gród Prasslaw praktycznie przestał istnieć.
Daleko na wschodzie, również trwała walka o przeżycie. Antalijska krucjata wciąż oblegała Twierdzę Ammana. Jej zniecierpliwieni dowódcy podjęli wielkie
wysiłki, by sforsować umocnienia przed nadejściem najsroższych, lutowych mrozów. Dla obrońców były to ciężkie chwile. Zaciekłe szturmy uderzały o ich
stolicę, jeden za drugim, wystawiając na próbę siłę wojaków, mądrość magów i wiarę kapłanów.
Miał wtedy miejsce niezwykły incydent. Zdarzyło się, że grupka atakujących weszła na fortyfikacje po przystawionej drabinie. Wtem- Jeden z nich zepchnął
ją w tył, wraz ze wszystkimi którzy wdrapywali się akurat na górę i zaatakował własnych towarzyszy! Wykrzykiwał przy tym „Precz z Antalią!” i temu podobne.
Wzgórzanie nie są ani lekkomyślni, ani głupi. Z drugiej strony, potrzebowali każdego miecza. Nie obdarzyli owego człowieka zaufaniem, ale posłali
go na najcięższy odcinek, którego w zasadzie nie miał prawa opuszczać. Dowiódł tam szermierczego kunsztu, dając niezliczone dowody męstwa.
Niemniej, sytuacja była poważna. Mury coraz mocniej chwiały się pod naporem wrogów. Gdy któregoś razu pół miasta przesłaniały już dymy pożarów, a brama
miała lada chwila paść pod uderzeniami tarana, Twierdza sięgnęła po swój ostatni atut.
Złota smoczyca, która dla najeźdźców była pretekstem do wojny, wzniosła się na potężnych skrzydłach nad bitewny zgiełk. Jak przed laty, gdy uchodząc za
Awatara zniweczyła dżihad Emiratu; jak wtedy, gdy rozproszyła armię uzurpatora i osadziła na tronie Ryttera; Chryseis ukazała się Światu, by ratować swój
lud.
Antalijscy dowódcy oczywiście spodziewali się jej, lecz najwyraźniej nie przeczytali „Bestiariusza” Nimue Złocistej. Potęga smoczych mięśni i płomieni,
obracających w perzynę całe oddziały, była dla nich szokiem. Tymczasem nieustraszeni paladyni Ryttera poprowadzili na wrogi obóz wycieczkę. Nim przeciwnik
otrząsnął się, by zaprowadzić jaki- taki ład, rycerze i smok pospołu położyli krocie nieprzyjaciół, w porę wycofując się na własne stanowiska.
Tej nocy pijana antalijska szlachta nie wznosiła butnych okrzyków. Cisza wisiała nad pierścieniem ognisk wokół Wzgórza, rozdzierana tylko jękami rannych..
O świcie oblegający poczęli zwijać obozowisko.
Rytter zachował ostrożność. Utrzymał gotowość bojową, póki ostatni żołnierz nie zniknął za horyzontem, a później w paszczy portalu wiodącego wprost do
dziedziny króla Radomira.
Wtedy dopiero wydano wielką tryumfalną ucztę. Cały lud radował się zwycięstwem, a śpiewom i zabawie nie było końca. Gdy opito już pamięć poległych,
zdrowie Ryttera, rodziny książęcej, dam dworu i oczywiście Chryseis, któryś z paladynów zapragnął też wznieść toast za przybysza, który wsparł ich w
krytycznej chwili- Lecz jego miejsce było puste.
Niebo raz jeszcze zadrżało od głosu wściekłego smoka, ale tym razem w jego ryku był też ból. Tajemniczy wojownik był to Darron, mistrz areny grodu
Prasslaw, który zniósł z niej Zimny Płomień...
Gwardziści momentalnie zbiegli do podziemnego legowiska Chryseis, lecz nie znaleźli w niej ani smoka, ani człowieka, bądź ich ciał. Jedynie mnóstwo
krwi...
Tryumf przekształcił się w żałobę, a w nocnych ciemnościach wydarzyło się coś jeszcze.
Nad ranem przyniesiono na zamek straszliwą nowinę. Groby w Księstwie, w tym masowe mogiły poległych w wojnie zostały rozkopane... Od wewnątrz.
Nieumarli, trupy żołnierzy krucjaty i jej ofiary, maszerowali ramię w ramię, oddalając się na wschód, bez zwracania uwagi na przerażonych żywych.
Pozbawiony rady Chryseis, Rytter zawahał się przed wysłaniem swoich skrwawionych paladynów w pościg. Nim podjął decyzję, spadła na kraj potężna śnieżyca.
Spowolniła ona ciężkozbrojnych konnych, znacznie bardziej niż stwory którym zimno nie przeszkadza, a które nie potrzebują ni snu, ni strawy. Ohydna armia
odeszła nie niepokojona i zniknęła w górskich przełęczach...
|