| Fantazjada 2009- podsumowanie fabularne |
Fantazjada 2009: Mroczny ZasiewPech ławnego Przemyślewicza11 czerwca 491 roku był pracowitym dniem dla ławnego Zachariasza Przemyśliwicza. Przygotowania do wizyty księcia Gniewka Drugiego posuwały się wolniej niż planowano. Jak wiele innych planów... Zachariasz wyszedł ostatni z obrad Ławy i natychmiast skierował się do karczmy „U Ojczulka”. Nie, żeby lubił ten lokal – zawsze panował tam tłok, karczmarz Govan był wśród ziomków jednym z największych krzykaczy i zalegał tak z powłastnym, jak i pogłównym. Niestety, jego karczma była jedynym miejscem w okolicy, gdzie można było dostać przyzwoite wino. Ławny zajął stolik w alkierzu i kolejną porcję narzekań wymruczał do kieliszka. Szanse na otrzymanie przez Prasslaw książęcego przywileju składu wyglądały coraz marniej. Skąd wytrzasnąć kilka skrzyń podków, mających stanowić kontrybucję Prasslawi do skarbca księstwa? Bez tego lepiej się nie pokazywać Gniewkowi na oczy, nie mówiąc już o negocjowaniu nowych przywilejów. Skarbiec Ławy świecił pustkami. Ludnosc nie chciała płacić podatków. Normalnie kazałoby się ściągnąć podatki Drużynie, ale przed wizytą monarchy nie można było sobie pozwolić na niepokoje w grodzie... "Nawet nie mam czasu na malwersacje, starając się zachować tu jakieś resztki ładu i porządku – pomyślał Zachariasz i skinął gnącemu się w ukłonach karczmarzowi, który postawił butelkę na stole. Do tego ta cała reszta Ławy... Grododzierżca - ugodowiec, Hierofant - egoista, Dzierżymir - cyniczny populista. Ten ostatni przynajmniej ufundował nagrodę w turnieju gladiatorów. Zaskarbi sobie wdzięczność tłumu, stary hipokryta. Chociaż... przychylność ziomków jest teraz na rękę nam wszystkim. Baltazar - karierowicz... Nahar Bruh - nieboszczyk. Ciekawe, kto go zabił? Wielu ostatnio zaczęło węszyć, jego byli ochroniarze rozpytują na prawo i lewo, czy miał wrogów i czym się zajmował. To był panikarz. Wszędzie wietrzył spisek i straszył deficytem, haha. I te jego niedorzeczne dowody na działalność w okolicach Prasslawi kultu Zachagana. Dobre sobie... Zachariasz skinął po kolejny kielich wina. Wyszedł z karczmy, minął tłumek magów zgromadzonych wokół Hierofanta witającego arcymistrzyni Życia, Nimue Złocistą, i wyszedł przez bramę grodu. Miał coś do załatwienia we Wrzaskach i wolał nie kręcić się w tamtej okolicy po zmierzchu. Ławny nie wiedział, że problemy księstwa są poważniejsze i bardziej rozległe niż jego obawy. Nie miał pojęcia, że Dzierżymir nie jest wyłącznie tanim populistą ani o tym, komu oddaje się naprawdę cześć w kapliczce Hagny przy trakcie do Wrzasków, którą właśnie mijał. Nie zdawał sobie sprawy, że niepokoje wśród ziomków są poważniejsze niż dochodziło to do uszu ławnych, a wiele krążących wśród motłochu plotek jest prawdą. Nie mylił się równiez Nahar Bruch podczas swojego ostatniego przemówienia w Ławie... które to ściągnęło na nigo śmierć. Zachariasz nie miał pojęcia, że na trakcie do Wrzasków czeka na niego zabójca. Boltanor sączy jadArcykapłanka Ryann przeciągnęła się w pustym łożu. Czuła w sobie tęsknotę bogini. Nie było w tym nic dziwnego, bogini Dumiel już długo czekała na swojego kochanka. „Dziś znów muszę ogłosić że poszukujemy tego, który połączy się z boginią”, pomyślała. Wstała, ubrała się i wyszła do wiernych, którzy zdążyli się już zebrać przed chramem. Wśród przybyłych było wielu uchodźców z Księstwa Wzgórza. Wyczerpani, często ranni i chorzy nie otrzymali najczęściej dotąd pomocy od ziomków. Świątynia musi się nimi zająć. Akolici Vortha wciąż nie wybrali spomiędzy siebie arcykapłana... niedobrze... źle by się stało gdyby ktoś musiał im w tym pomóc. Uchodźcy, akolici, grupka ziomków... nie ma dziś wśród nich kandydata na oblubieńca Dumiel. Po obrzędach, Ryann postanowiła jeszcze złożyć wizytę krasnoludzkiemu kapłanowi Hagny, który niedawno założył kaplicę swojego bóstwa przy trakcie do Prasslawi. Obawiała się, że spotkanie przebiegnie w sztywnej atmosferze, niemniej wizyta okazała się sympatyczna. Kapłan Boltanor cierpiał na jakąś przypadłość, gdyż zakrywał usta bandażem, okazał się jednak bardzo uprzejmym rozmówcą. By okazać Ryann szacunek i zaufanie zaoferował jej nawet wypicie kilku łyków wody poświęconej Hagnie, na co arcykapłanka przystała. Wracając do swojego chramu Ryann poczuła silną więź z kapliczką Hagny i kapłanem. Dziwne przeczucie zachęcało ją by tam wróciła i spędziła więcej czasu z Boltanorem. Może warto przedstawić mu którąś z akolitek...? na przykład Bridę? Wkrótce też odwiedziła kapliczkę ponownie, by znów dać się uraczyć poświęconą wodą. A potem jeszcze raz... Innymi gośćmi Boltanora, których krasnolud uraczył poświęconą wodą byli między innymi zwierzchnik Drużyny, Wojski oraz przybyły niedawno z Antalii Inquisitor Maior Morenn. Gdy zapadł zmrok, a trakt do Prasslawi opustoszał, prawdziwy pan kapliczki odebrał modły od swych wyznawców. Przyjął ich błagania i uśmiechnął się czując swoją moc krążącą w ciałach kapłanów innych bóstw. Zaprzepaszczona szansa InkwizycjiRanek 12 czerwca był ponury i deszczowy, ale obfitował w liczne wydarzenia. Ława otworzyła robocze posiedzenie poświęcone palącym problemom grodu. Akademia Magii zebrała się na wykładach docenta Jana Przesławskiego i, przede wszystkim, Nimue Złocistej. Na Arenie rozpoczęły się walki eliminacyjne wielkiego turnieju gladiatorów. Wszyscy zdążyli się już dowiedzieć że ufundowaną przez Dzierżymira nagrodą jest magiczny miecz. „Zimny Płomień” mógł podobno do zadawać rany nawet smokom. Karczmarz z Wrzasków, Roch zmarł z ran odniesionych podczas zeszłodniowej ruchawki wywołanej przez jakichś durniów z Emiratu, zaś wiedźma Marana zajęła się zbieraniem łajna tęgoryjca do swojej mikstury. W natłoku codziennych spraw niemal niezauważony pozostał fakt iż nici zepsucia snute przez sługi Zachagana zaczęły powoli oplatać krainę. Kapłani ze świątyni Dumiel i Vortha wyczuli swąd Złego towarzyszący Ryann. Czuli, że bogowie Dawnej Wiary są bardziej odlegli i nie chcą odpowiadać na wezwania. Niestety, nie zdecydowali się na podjęcie żadnych kroków. Nawet gdy Ryan zaczęła otwarcie zachęcać do oddawania pokłonów Zachaganowi... Te kilka godzin zwłoki w walce z rozwijającym się plugastwem miało tragiczne konsekwencje. Infernalny swąd towarzyszący najstarszemu inkwizytorami wyczuli jego towarzysze. Flavion oraz Imidar, młodsi inkwizytorzy bezzwłocznie przeprowadzili rytuał oczyszczenia. Ślad Złego został usunięty, jednak stare ciało Morenna nie wytrzymało trudu rytuałów – Inquisitor Maior zmarł. Pozostali słudzy Ammana poprosili Ławę o pomoc w śledzeniu i zwalczaniu herezji. Być może gdyby nie rezerwa, z jaką miejscowi odnosili się do Świetego Oficjum i buta młodych inkwizytorów, sprawy przybrałyby inny obrót. Być może, gdyby ziomkowie udzielili inkwizytorom wsparcia, udałoby się uniknąć tego, co nastąpiło później. Być może ... Tymczasem odnaleziono zwłoki Zachariasza Przemyśliwicza. Ława wszczęła dochodzenie. Nieopodal Wrzasków napotkano też barda, któremu ktoś wyłupił oczy, obciął język oraz palce. Z bełkotu nieszczęśnika dało się zrozumieć, iż dokonały tego... elfy. Od tej pory podejrzliwe spojrzenia ziomków padły na wszystkich przedstawicieli Starszego Ludu. W tym czasie w Prasslawi dziekan katedry Materii, Jan Przesławski, wygłosił wykład na temat „badanie odporności pieczęci magicznych na obróbkę termiczną w środowisku stężonej wody królewskiej”. Wykład zilustrował docent Przesławski eksperymentem na starej, bezwartościowej pieczęci wziętej z rupieciarni akademickiego laboratorium. Kilka godzin później okazało się, że wcale nie była bezwartościowa ani tym bardziej zdezaktywowana... Naocznie udowodnił to wszystkim golem, szturmujący bramy Prasslawi. Kamienny stwór przez lata, ba, stulecia, spoczywał ukryty w Mateczniku. Uruchomiony w momencie rozbicia pieczęci ruszył w kierunku, gdzie owo nastąpiło, to jest ku sali wykładowej, czyniąc po drodze srogi zamęt i niszcząc kilka chałup we Wrzaskach. Na szczęście uprzedzeni o nadchodzącym stworze magowie zdołali przygotować środki zaradcze i zaraz po wkroczeniu do grodu golem został anihilowany. Kilku śmiałków trafiło na Pajęczą Górę i wróciło opowiadając niesamowite historie. Co bardziej religijni dawnowiercy, a nawet ammanici coraz wyraźniej odczuwali całun Zachagana który jakaś pozostająca w cieniu istota przędła nad krainą. Modlitwy wiernych coraz odleglejsze były od uszu Dumiel i Vortha wraz z każdym słowem bluźnierczej inkantacji Ryann. Starzy bogowie odchodzili samotni, podczas gdy do niedawna ich lud tkwił w błogiej nieświadomości. W końcu ammanitom, przewodzonym przez Flaviona oraz Imidara udało się wytropić grupę kultystów. Wierni swym zasadom inkwizytorzy od razu wzięli się do świętego dzieła. Przygotowali już stos, nawet przywiązali do niego jednego z bluźnierców... Całopalenie – to metoda walki z herezją znana i skuteczna w całym niemal Znanym Świecie. Metoda, którą Stosowano od Ragovar do Kregstei, od Torreno do Księstwa Wzgórza. Święty Płomień Ammana, metoda która nie budziła żadnych zastrzeżeń w Antalii, aprobowana w Hammersteinie – nie została zaakceptowana w mające własne Zwierciadło Praw, dawnowierczej Prasslawii. Inkwizytorzy zostali aresztowani za bezprawny zamach na osoby, które nie zostały skazane wyrokiem Ławy i osadzeni w areszcie w jednej celi z niedoszłymi ofiarami. Nie dowiemy się czy było to celowe działanie Zachaganitów, którzy znaleźli się we władzach grodu, czy też zwykła drużynna niefrasobliwość. Dość rzec, że żaden z wysłanników Oficjum nie wyszedł żywy z lochu a misja Inkwizycji eo ipso zakończyła się. Ława rozważała, czy nie wysłać natychmiast listu do króla Antalii z wyjaśnieniem zaistniałej sytuacji, jednak Dzierżymir odradził pośpiech w tej kwestii. List ze stanowiskiem ławy powinien zostać wysłany za jakiś czas, a jego treść dobrze i spokojnie przemyślana. Motłoch, Ława i kultyściNastroje wśród ziomków stawały się coraz gorętsze, wśród gminu zaczęły krążyć szemrania, jakoby Drużyna nie była w stanie zapewnić porządku, a sprawy zmierzały ku coraz gorszemu. Ławni, by zademonstrować, iż w pełni panują nad sytuacją postanowili urządzić publiczny proces uchodźcy ze Wzgórza, niejakiego Wisiela, oskarżonego o zrabowanie grodzkiej kasy i zabójstwo Podczaszego. Gideon Ansbach, mistrz tkacki ze Świn, a od niedawna również właściciel karczmy „U Ojczulka” usiadł wygodnie w ławie obok swojej matki. Dla większości byli parą bogatych ziomków przybyłych właśnie do grodu. Nawet pomiędzy ich współwyznawcami tylko nieliczni znali ich jako Siewczynię oraz Zasadźcę, najpotężniejszych i najbardziej wpływowych służących Zachagana oraz Ammafira. Zasadźca z lubością słuchał jak rozprawa przemienia się w koncert wrzasków podnoszonych przez motłoch. Wciągał swoimi nozdrzami zapach swych bogów, tak wyczuwalny nawet w takiej odległości od Pajęczej Góry, gdzie założona została dziś świątynia Zachagana. Kątem oka zobaczył zarumienione policzki Siewczyni, usłyszał jej przyspieszony oddech. Jego matka musiała wyczuć drugą nutkę infernalnego swądu, dochodzącą z dawnej świątyni Dumiel, gdzie Ryan na poświęconym bogini łożu oddawała właśnie swą duszę Mrocznemu Panu. Tak pięknie Prasslawia została skazana na rządy Zachagana. Obok, kolejny ziomek przerwał ławnemu Baltazarowi niedorzecznym okrzykiem. Bezradna ława nie będąca w stanie skazać w oczywisty sposób winnego zbira. Gdy karczmarz Govan wszedł na stół krzycząc „Precz z podatkami! Precz z Ławą!” Zasadźca nie mógł się powstrzymać i przywarł ustami do warg Siewczyni. Stara Pajęczyca wypełzła ze swej kryjówki w zrujnowanym zamczysku na Pajęczej Górze, o którym mało kto wiedział; że zwane było Miejscem Wpiekłazstąpienia. Co wiązało Pajęczycę z Panem Piekieł – tego nie wiedział niemal nikt. Ona zaś widziała w swych splotach jak snują się losy tej krainy, jak poszczególne nici wydarzeń splatają się w węzły. Ogarnęła ją radość gdy ujrzała to, co Zasadźca... ale... na tej nici był jeszcze mały supełek, który mógł jeszcze nadać całej przędzy zgoła odmienny wzór. Głos Bohdana Biermuckiego, nowowybranego arcykapłana Vortha, uciszył harmider w przemienionej w salę rozpraw karczmie. „Cała kraina jest pod wpływem obcej, wrogiej siły, która skaziła naszą Świątynię. Bogowie oddalili się i nasze modły przestały do nich docierać” Gdy dziwne, złowrogie słowa płynęły z ust kapłana, awanturujący się dotąd lud zaczął słuchać w ciszy. Arcykapłan poprosił o możliwość przedstawienia sprawy na posiedzeniu Ławy i prośba ta została niezwłocznie przyjęta. Rozprawa skończyła się niebawem, lud wrócił do swych zajęć, a ławni do sali grodzkiej, by wziąć udział w najważniejszej rozmowie jaką dane było im w życiu odbyć. Wysłuchali w skupieniu młodego kapłana, z rzadka przerywając mu pytaniami. Dopiero gdy skończył, rozpoczęli nerwową dyskusję. „Świątynia została zajęta przez Zachaganitów!”, „Zostaliśmy pozbawieni opieki bogów!”. „... A jutro przyjeżdża książę!” - złapał się za głowę Baltazar. Ławni postanowili, że trzeba uporać się z demonami i złowrogim kultem tak, by zachować publiczny spokój. Znany z przychylnych ludowi poglądów, nowowybrany ławny Kajus Biermucki, wuj arcykapłana, pierwszy powiedział, że zwykli ziomkowie, a co najważniejsze książę Gniewko, powinni pozostać przekonani iż wszystkie sprawy toczą się zwykłym rytmem. Postanowiono opłacić najemników, którzy pod pozorem ogłoszonej już wyprawy przeciw mrocznym elfom oczyszczą fałszywą kapliczkę Hagny oraz zbeszczeszczoną świątynię Vortha i Dumiel. Wtedy ławni zajrzeli do grodzkiego skarbca... wielodniowe zaniedbania w ściąganiu podatków z obawy przed nieprzychylną reakcją ziomków właśnie miały się zemścić. Dysponując jedynie cząstką należnego pogłównego i niemal zerowymi wpływami z powłastnego, Ława nie miała funduszy na wynajęcie zbrojnych. Ktoś rzucił pomysł ogłoszenia i zebrania poświętnego, lecz Dzierżymir sprzeciwił się obarczaniu ludu kolejnym podatkiem. Kupiec Baltazar, zaprzysięgły liberał, pierwszy sięgnął do własnej sakiewki i obwieszczając z grobową miną, że to wszystko, co ma, wyłożył na stół czwartą część jej zawartości. Za jego przykładem wszyscy ławni złożyli się na koszty zbrojnego przedsięwzięcia. Hierofant zapewnił wsparcie magów, oraz obiecał iż Akademia będzie funkcjonować bez żadnych zaburzeń. Grododzierżca Żegota wziął na siebie obowiązek przyjęcia monarchy i organizację jego wizyty. Ławni postanowili spotkać się jeszcze nazajutrz z samego rana, by mieć możliwość zweryfikować jeszcze ustalenia gdyby noc przyniosła niespodziewane wydarzenia. Dla Prasslawi znów zapłonął ognik nadziei. Działania ławy mimo nieprzychylnej postawy ludności miały szansę powodzenia. Może gdyby nie starano się za wszelką cenę ukryć sprawy przed księciem, sprawy potoczyłyby się inaczej... Tymczasem, w nocy kurier z listem do antalijskiego monarchy opuścił mury grodu. List, choć podpisany „Ława Grodu Prasslawi”, został sporządzony jedynie przez jednego z jej członków. Jego najważniejsze zdanie brzmiało: „Nie mieszajcie się w nasze sprawy. Zabiliśmy wasze poselstwo i zrobimy to samo z każdym kolejnym inkwizytorem lub mortyfikatorem, którego tu przyślecie”. Ekspedycja BiermuckiegoNad Prasslawią wstało słońce, rozpoczynając sobotę 13 czerwca 491 roku. Dzień, który miał obfitować w wydarzenia... Do ławnych zebranych na porannej naradzie doszły niezbyt wesołe wieści. Plotki krążące wśród ziomków były coraz bardziej radykalne, groźba manifestacji i niepokojów zdawała się wisieć w powietrzu. Nie zrażając się tym, Ława postanowiła zrealizować przygotowany wcześniej plan. Grupa zbrojnych prowadzona przez arcykapłana Vortha wyruszyła do zbeszczeszczonej Świątyni Dumiel i Vortha we Wrzaskach. W skład ekspedycji udało zwerbować się grupę najemników z Osternhok, zwaną Rosomakami, przyłączyli się też liczni ochotnicy z Wrzasków oraz Matecznika, a nawet pewien mag z Emiratu. Na dziedzińcu Świątyni zbrojni zastali Ryann oraz jedną z akolitek, Bridę. Arcykapłanka zaczęła słodkim głosem wychwalać swego nowego pana, Zachagana. Gdy zbliżyli się do niej, przebiła się sztyletem, składając Złemu ofiarę z samej siebie. W tym też momencie z kazamat powstali ohydni nieumarli by w ślepej furii zaatakować wojowników. Rozgorzała walka, w której ekspedycja zwyciężyła, w czym wydatnie dopomogło jej zastosowanie czarów. Ścierwo na-powrót-umarłych zrzucono na stos w pełnym słońcu świątynnego dziedzińca i podpalono. Jednak zwłoki nieszczęsnej Ryann rozkazał Biermucki pochować na cmentarzu pod murami świątyni. Odprawił krótkie egzekwie, po czym namaścił jednego z towarzyszy, którzy dzielnie stawali przeciw nieumarłym – Rakta, szamana z Matecznika – na akolitę Vortha. Odprawił go z częścią ekspedycji do Prasslawi, a po drodze by odprawili jeszcze oczyszczające rytuały w miejscu, fałszywej i obecnie zrujnowanej kapliczki Hagny. Następnie Biermucki zebrał wokół siebie pozostałych. "Nasza Świątynia została zbeszczeszczona! Musimy przebłagać najświętszego Vortha, aby zechciał powrócić i na nowo wziąć Prasslaw pod swą opiekę!" - zawołał po czym wskazał na związaną i struchlałą ze strachu Bridę - "Brać tą zdrajczynię na ołtarz Vortha! Musi ponieść karę... a ofiara z jej krwi niech przebłaga naszego boga!" Po stromych schodach zbrojni ostrożnie, jeden po drugim, zagłębili się w chłodny mrok podziemnej świątyni Vortha. Gdy ich oczy przywykły do ciemności, ukazał się im stojący pośrodku krypty ołtarz z wielkich, szarych głazów. Wnet przykuli do niego leżącymi wokół łańcuchami popiskującą cicho Bridę, a Biermucki ponurym głosem rozpoczął głosem modlitwę. "...przebacz nam, Vorcie, i przymij tą ofiarę. Nadszedł już czas" - zawiesił głos. Ale nie dokończył, bo spośród stojących półkolem wokół ołtarza zbrojnych wyskoczył niepozorny człowiek w białej koszuli, wtrącając w pół słowa: "Tak! Nadszedł! Giń w imię Zachagana!" - i błyskawicznie wrzepił Biermuckiemu między żebra pokaźny kindżał. Zawrzało, i w mgnieniu oka zamachowiec został rozsiekany na drobne kawałki. Jednak Biermuckiemu już to nie mogło pomóc: konał. Cicho konał na ołtarzu Vortha, boga, któremu służył. Stojąc już na progu vorthowego władztwa, Biermucki dostrzegł, iż wypleniono wiele zła z ziem Prasslawi, lecz wciąż pozostawało tu jego zarzewie. W krainie wciąż pozostawało źródło zepsucia, pęczniejący wrzód, którego na razie nie udało się odkryć. Przynajmniej dopóki większa grupa śmiałków nie zapuściła się na Pajęczą Górę... Ile z tego zdołał wypowiedzieć, nim jego cichnący szept zmienił się w ostatnie tchnienie? Ile z tego usłyszeli i zrozumieli pozostali przy jego boku zbrojni? I czy wzięli to sobie do serc - przecież ani wszyscy byli dawnowiercami, ani prawymi Ziomkami. Ba, był wśród nich choćby Higrin, notoryczny banita z Ligi Wolnych... Czy wiedzieli, jak ważne były ostatnie słowa sługi Vortha? W każdym razie, zdjęci grozą, byli żądni zemsty i natychmiast dokonali ją na ledwo się broniącej Bridzie. Jednak choć zostawili za sobą dymiący krwią trzech ofiar ołtarz Vortha, to gdy wyszli z podziemi na słoneczny dziedziniec świątyni, duch w nich zamarł. Oto obmierzłe zombie, wydawałoby się, pokonane tego ranka i oddane na pastwę płomieni - wcale nie zgorzały i, co gorsza, zaczynały się znów, w konwulsyjnych podrygach, ruszać. Zbrojni nie czekając, aż nieumarli wstaną żwawo opuścili świątynię. Pozostawieni samym sobie na dziedzińcu unurzanej w krwi świątyni nieumarli znów powstali. Jak na komendę zwrócili swe gnijące oblicza na zachód i powolnym krokiem ruszyli ku przyzywającemu ich zarzewiu zła - Pajęczej Górze. Świta Pajęczycy, dzięki czynom Zasadźcy i Siewczyni, rosła. Stanowili ją przeklęty Edward z Prasslawi, mroczny elf Dante z służącym mu żubrostworem, oraz otumanione i agresywne tęgoryjce. Zło rosło w siłę. Bitwa na Pajęczej GórzeJednak ziomkowie, dawnowiercy i ammanici wiedzieli już o tym – poranna ekspedycja i ofiara Biermuckiego nie poszły na marne – i postanowili dać złu odpór. Oto wyruszyła z Prasslawi druga wyprawa, pod przewodem Kruczego Bractwa z Redavem van Sithem na czele (bo komandor Szafir, ranny w głowę, wciąż niedomagał na ciele i duchu), ze wsparciem wysłanej przez Ławę części Drużyny i ochotników z Akademii Magicznej. Po drodze dołączyli się do niej na prośbę Kruków ciężkozbrojni krasnoludowie z kuźni we Wrzaskach, a także, przez nikogo nieproszeni, liczni ciekawscy – jacyś podróżnicy z Miam, ludzie lasu z Matecznika, rozmaite zawalidrogi i banici z Wrzasków, a nawet Brygida i Gideon Ansbachowie, wiodący jakąś przestraszoną, płowowłosą dziewkę. Bianka, bo tak się nazywała, nie miała pojęcia, że prowadzą ją jej prawdziwy ojciec i babka. Tak liczna wyprawa posuwała się powoli i gdy już dotarła do szczytu Pajęczej Góry, jej mroczni obrońcy byli przygotowani i czekali na wałach. Do zamczyska wiodła jedna, wąska ścieżka w poprzek fosy i oba wojska zaległy po przeciwległych jej stronach. Sytuacja stała się patowa; słońce prażyło niemiłosiernie, a gawiedź przybyła wraz z prasslawską ekspedycją rozlazła się po okolicznym lesie. Z ogólnego rozprężenia skorzystali Ansbachowie. Uprzejmymi słowy poprosili ze sobą wciąż nieco oszołomionego komandora Szafira, który grzecznie ich posłuchał, po czym, z komandorem i dziewką najspokojniej w świecie przeszli na drugą stronę fosy, doo zamczyska Pajęczycy. Do – bo akurat oni znakomicie znali jego prawdziwą nazwę – Miejsca Piekłazstąpienia. Trudno opisać, co wówczas stało się w zimnych kazamatach Pajęczej Góry. Wiadomo tyle, co ponoć usłyszeli zbrojni i gapie wciąż zwlekający po zewnętrznej stronie fosy: oto z głębi zamczyska dało się naraz słyszeć cztery głosy krzyczące unisono. Dwa – w ekstazie; dwa – z bólu, przechodzącego w agonalne rzężenie. Wtedy, czy chwilę wcześniej, gapiów zdjął lęk i poczęli pierzchać, poczuwszy, w jak złym miejscu się nieopatrznie znaleźli. Wtem z gęstwiny wyłoniła się grupa elfów. Wszystkie niezwykłe, a jakże różne. Jeden z nich miał obrzydliwą, świeżą ranę na twarzy w kształcie krzyża, i to on, wraz z drugim dostojnym elfem w zielonych szatach skupiły uwagę nielicznych próbujących ogarnąć sytuację ludzi i krasnoludów. Wyglądało na to, że toczy się między nimi spór. Jeden z elfów, w błękitnych szatach, najwyraźniej oszołomiony sytuacją, przysłuchiwał się uważnie obu stronom konfliktu. W pewnym momencie prawie doszło do przelewu krwi, a może to tylko ludzka plotka... W końcu nikt z przyglądających się skłóconym elfom ludzi ani krasnoludów nie rozumiał mowy elfów. Do walki jednak nie doszło, a elfowie jakby pogodzeni odsunęli się w dół zbocza. Lecz po chwili powietrze wokół zamczyska zadrżało i elfowie, pod wodzą tego w błękitnym stroju, którego władcze rysy i dostojeństwo budziły teraz respekt zbliżyli się ku siedzibie Pajęczycy. Tymczasem jednak ani namacalna wręcz obecność złego, ani elfie spory, ani nawet zniknięcie komandora nie skłoniło dzielnych Kruków do szturmu. Pat urozmaicił jedynie pewien dzielny student magii, który uczyniwszy się niewidzialnym zakradł się do zamczyska i czarem zaatakował nieumarłych i mrocznego elfa Dantego. Gdyby tylko byli z nim jacyś zbrojni, niechybnie by pokonali wszystkich nagle osłabionych złych! Wszak student był sam, Pajęczyca wnet go sparaliżowała a nieumarli, gdy czar ustał – rozszarpali biedaka. Chwilę potem, Pajęczyca jęła urągać Krukom i całej ekspedycji, judząc ich do działania... I udało się jej. Uniosłwszy wysoko dwuręczny miecz, Redav van Sith zawołał „Za mną!” i ruszył przez fosę. Za nim runął wierny giermek, Kruczy Bracia, krasnoludowie i cała reszta, a nad ich głowami świsnęły strzały. Samym impetem znieśli pierwszy szereg nieumarłych i wdarli się w głąb zamczyska. Cofający się pod naporem szturmujących próżno wypatrywali pomocy Pajęczycy; ta jednak była pochłonięta starciem z błękitnym elfem, dówódcą Starszego Ludu, który wsparł swymi siłami ludzi i krasnoludy w walce z plugastwem. Nie potrwało długo, nim w kazamatach zostali zostali zniszczeni ostatni nieumarli, a bardziej rozgarnięci słudzy mroku pierzchnęli w las przeciwległym zboczem Pajęczej Góry. Zwycięstwo zdawało się pełne... Czyżby? Oto elfi wojownik, ten w zieleni, o dojrzałych rysach i rozpalonym wzroku – wzniósł miecz i z dziwnym okrzykiem zaatakował tych, którzy dopiero co roznieśli zachaganickie ścierwo. Chwilę potem rzucił się na to, co ponoć było ołtarzem ku czci Zachagana, po czym znów swoją broń skierował w stronę swych towarzyszy. Choć walczył sam przeciw kilku dziesiątkom, taki był jego kunszt, strach, jaki wzbudzał, a i niedowierzanie, że oto szlachetny elf staje przeciw pogromcom zła – że długo trwało, nim Kruczy Bracia i ich towarzysze powalili śmiałka. Wśród sprzecznych okrzyków mało kto rozumiał, co się dzieje, choć chwilę wcześniej wszystko było takie jasne. W końcu powalony na ziemię zaczął się dusić i krzyczeć w języku Starszego Ludu. Unosił się nad nim cień, który odgrodził innych od niego i od ołtarza. Ci, którzy byli tego świadkami twierdzą, że widzieli wówczas Zachagana... cokolwiek by to miało znaczyć. Chwile stały się latami, a lata wiecznością. Elf słabł, jego głos był coraz mniej melodyjny. Aż w pewnym momencie w krąg mroku wdarł się młody elf, czy elfka może, śpiewnie inkantując niezrozumiałe dla ludzi słowa, których moc wskazywała na modlitwę. Cień się rozmył, a elfowie mogli podejść do osiwiałego nagle towarzysza. „Taj, Landwajder...” wyszeptał z szacunkiem któryś z krasnoludów obserwujących tę scenę. Mrok wydawał się być przegnany. Lecz wówczas przemówiła Pajęczyca. „Głupcy! Czy wiecie, co uczyniliście? Oto własną krwią poświęciliście to miejsce na świątynię Mrocznego Pana, Zachagana! Tylko ofiary, obfitej ofiary niewinnej krwi brakowało po tym, jak złożono Jemu tych tu” – wskazała szponem na poniewierające się pod stopami zbrojnych, a w ferworze walki przez nich niezauważone ciała: komandora Szafira i płowowłosej branki Ansbachów. Ciała, z których spuszczono całą krew, zanim jeszcze rozpoczął się szturm. „I oto sami tej ofiary dostarczyliście, odnosząc rany w tej walce... To Zachagan zwyciężył! Witajcie w Miejscu Wpiekłazstąpienia!” Przerażeni i zdjęci gniewem Kruczy Bracia rzucili się z bronią na Pajęczycę; lecz niewiele jej mogli uczynić, bo jej ciało pod ciosami rozpadało się na tysiące pajęczaków, by znów się pojawić kilka chwil później. Ranny i znużony tymi niesamowitościami Redav van Sith wydał rozkaz do odwrotu, nakazawszy wpierw Krukom zebrać doczesne szczątki Wicehrabiego Drakona Aaron Sapheirosa II van Eycke, zwanego Szafirem, który choć u kresu swego życia błądził i nie odnalazł tej właściwej drogi, to i tak pisane było jemu, a zwłaszcza jego błękitnej zbroi stać się drogowskazem i relikwią dla odwagi gorejącej w sercach Kruczych Braci. Wśród wracających z Pajęczej Góry wojowników radość ze zwycięstwa mieszała się ze strachem i niepewnością, jakie wzbudziło to, co stało się po walce. Co to znaczy, świątynia Zachagana? I czy Szafir, zaszlachtowany jak ofiarne zwierzę, a nie pokonany w chwalebnej walce, był bohaterem? Czy to przypadek, że niegdyś nie uratował swojej żony, błogosławionej Whiltierny, przed ammanickim stosem, potem Kruczego Bractwa przed wojenną klęską, a dziś siebie samego przed... rzeźnickim nożem? I jeśli niektórzy z wojowników szukali odpowiedzi na te pytania i ukojenia serc u swoich bogów, to czy dawnowiercy, ammanici czy signuryci – nie doczekali jej. Bogowie ich nie słyszeli. Światełko nadzieiDlaczego bogowie nie słyszą, zrozumieli dawnowiercy z Matecznika. Pojęli, że Dumiel i Vorth, upokorzeni śmiercią swych kapłanów i wzrostem aspektu Mrocznego Pana, który zawisł swym mrokiem nad ziemią, tą ziemią, od wieków będącą dawnowierczą domeną – osłabli. I że wzmóc ich aspekt może jedynie oczyszczenie zbeszczeszczonej świątyni we Wrzaskach i pilne przestrzeganie dawnowierczych rytuałów zwłaszcza w ten dzień, dzień święta Belletyn. Tak więc udali się – Rakt, szaman i nowonaznaczony akolita Vortha wraz z zbrojnym przyjacielem, Freya, ostatnia w Prasslawi żyjąca akolitka Dumiel, Marana i Mykita z Matecznika oraz kilkoro elfów – do świątyni, gdzie wpierw należycie pogrzebali na świątynnym cmentarzu nieszczęsnego Edwarda z Prasslawi, wyzwolonego z służby Mrocznemu Panu po pogromie na Pajęczej Górze. Następnie Rakt i Freya przystąpili do oczyszczania świątyni, składając Dumiel i Vorthowi w ofierze niezwykle cenny owoc Ghillie. Wszak ich wysiłek mało co zniweczony został przez podstęp Xistis, mrocznej elfki, która uczestniczyła w pogrzebie Edwarda. Oto wplotła ona w pogrzebowe modły słowa, które sprawiły, że Edward miast odejść na łono Vortha powrócił, nadal w okowach mroku, by bronić świątyni przed dawnowiercami. Jednak jako, że kapłanom towarzszyli zbrojni, Edward został wnet ostatecznie unicestwiony, a duch jego odnalazł spokój z dala od aspektu Zachagana. Modlitwy Rakta i Freyi, choć niedoświadczonych, dotarły w końcu przed oblicza dawnowierczych bóstw. Odpowiedź Dumiel i Vortha, choć niezwykle nikła i stłamszona mocą Zachagana, jednak dotarła do modlących się i na nowo rozbudziła ich nadzieję. Nieliczna grupka wiernych trwała w czuwaniu przed ołtarzem Dumiel, a posłaniec z budzącą otuchę wiadomością ruszył do Prasslawi. Igrzyska w Prasslawi„Precz z podatkami! Precz z Ławą! Piwo za darmo!” Okrzyki demonstrujących ziomków niosły się po grodzie i arenie. „Przynajmniej nie mają transparentów” pomyślał Dzierżymir wychodząc na spotkanie wrzeszczącej tłuszczy. Ławny miał dar przemawiania do gawiedzi, toteż udało mu się w miarę uspokoić napotkaną grupkę. Nie obeszło się co prawda bez obietnicy postawienia wszystkim kolejki w karczmie „U Ojczulka”, jednak ta grupka ziomków nie przeszkadzała już w oglądaniu finału walk na arenie. Przynajmniej przez jakiś czas... Z Matecznika napływały coraz bardziej niepokojące wieści, bo powracający z Pajęczej Góry wcale nie byli – mimo formalnego zwycięstwa – entuzjastyczni. Do tego po drodze napadły ich jakieś koboldy, a wieści o oczyszczeniu świątyni nie zdążyły jeszcze dotrzeć do Prasslawi. Grododzierżca, Ława i Drużyna po cichu przygotowywali się do odparcia spodziewanego ataku nieumarłych, jednak wciąż utrzymywali księcia w świadomości, iż Prasslaw nie boryka się z problemem poważniejszym niż kilku wyznawców zakazanego kultu w dzikiej kniei. Ławni bawili monarchę rozmową, przerywaną co pewien czas by oklaskać zakończenie kolejnego pojedynku na arenie, podczas gdy magowie z Akademii wzmacniali bramę a Drużyna budowała za nią barykadę, by odeprzeć ewentualny szturm. Emocje zebranych a Arenie widzów sięgały zenitu, gdyż właśnie miała odbyć się finałowa walka wielkiego turnieju, w której Darron stanie naprzeciwko Larkina. Zwycięzca miał opuścić arenę jako posiadacz Zimnego Płomienia, magicznego miecza ufundowanego przez Ławnego Dzierżymira. Przed finałem, uwagę stałych bywalców areny ściągnęło nowo otwarty zakład bukamacherski sióstr Potockich, oferujący znacznie korzystniejsze stawki zakładów niż prowadzone przez zarząd areny biuro. W końcu długo oczekiwany moment nadszedł, Darron i Larkin, obaj dotąd niepokonani, po raz pierwszy skrzyżowali klingi. Jeden od czasu walki z mistrzem Apolinarym słabował na umyśle, a drugi ledwie co i bez grosza przybył z Księstwa Wzgórza; a już za kilka chwil tylko jeden z nich miał zachować czysty bilans stoczonych pojedynków w arenowym rankingu. „Panie... w Mateczniku umarli powstali z grobów i maszerują w kierunku grodu. Nasze siły nie poniosły znacznych strat, jednak nie zdążyły ich powstrzymać. Zresztą.. żadne meldunki nie są w pełni potwierdzone i wiarygodne...” Drużynnik szeptał raport do ucha Grododzierżcy siedzącego w honorowej loży areny i zakłócając mu obserwację zmagających się przed nimi gladiatorów. Tuż obok siedzieli ławni – Dzierżymir i Kajus Biermucki, oraz książę Gniewko II. Ten ostatni był powodem dla którego drużynnik szeptał. "Czy mamy jakiś problem?" - spytał Gniewko "Ależ skąd.. jedynie drobne komplikacje w harmonogramie twojej wizyty, jaśnie panie. Do Akademii chcielibyśmy zaprosić cię kilka chwil później, gdyż jeszcze nie zakończono tam porządków. Jeszcze wina?" - Pozornie beztrosko odrzekł grododzierżca Żegota. Gniewko być może drążyłby temat, ale przerwał mu krzyk widowni. Oto bowiem Darron błyskotliwym ciosem zakończył walkę. Ława, wraz ze wszystkimi widzami wiwatowała na stojąco, radując się z wyłonienia mistrza turnieju, beneficjenta łaski Vortha. Sam Darron spokojnie odbierał oklaski, wciąż próbując uspokoić oddech po wyczerpującej walce. Po chwili nastąpiła długo oczekiwana chwila wręczenia nagrody. Oto ławny Dzierżymir podniósł się z loży honorowej, by w podniosłej atmosferze wręczyć zwycięzcy obiecany miecz, Zimny Płomień. Mało kto zwrócił uwagę na ekstatyczny wyraz twarzy ławnego, gdy miecz przeszedł do rąk Darrona... ani rozpoznawalnego dla nielicznych gestu, który Dzierżymir uczynił chwilę potem... Nadzieja jednak umieraPo finale igrzysk atmosfery zdenerwowania oraz napływających wieści nie dało się już dłużej ukrywać przed Gniewkiem. Wszyscy słyszeli już o armii nieumarłych zmierzającej w kierunku grodu i przygotowywali się do obrony. Drużyna stała w pełnym stanie pod bronią. Magowie z Akademii, kierowani przez Jana Przesławsiego, zaklęli bramę zamkową tak że stała się twarda niczym adamantowa stal. Elfi mag Siły, Silisen Anherru wespół z adeptem Dregiem przygotowali przed bramą magiczny ładunek, który w chwili nadejścia wroga miał wyzwolić potężny wybuch mocy. By odeprzeć zbliżające się zagrożenie, liczna grupa ziomków, wespół z ammanickim kapłanem, zaniosła modły do swych bogów o nasycenie klingi przedniego miecza mocą niszczącą plugawych wygrzebańców. Modły, choć zdaniem mędrców nazbyt ekumeniczne, by podobać się bogom, zostały wszakże wysłuchane, a moc bijąca od zaklętego oręża zaczęła być dla wtajemniczonych wyraźnie wyczuwalna. Wśród przygotowań, budowy barykady i rzucania czarów, grupa adeptów Akademii próbowała magicznie wyskanować miejsce pobytu swojego przyjaciela, a następnie go teleportować. W czar czasosferu wpleciono wątek magii śmierci, gdyż nie było pewności czy poszukiwana osoba jeszcze żyje. Byłoby to dość trudne zaklęcie, nawet dla bardziej doświadczonych magów. Takich, którzy nie spali na wykładzie, gdy profesor mówił że mieszania śmierci i czasosferu może grozić ściągnięciem nieproszonego gościa. Zwłaszcza jeżeli jakiś potężny byt czeka tuż za wrotami naszej sfery, by do niej powrócić. Nadejście demonicznej (a może upiornej, magowie wciąż się o to spierają) Idrill Celebrindal Arcaelen aep Scatach, wzbudziło niemały zamęt wśród ziomków. Na razie jednak zmora była wyraźnie zdezorientowana i nie wyrządzia szkód. Pokręciła się po grodzie pytając co chwila „Czy jesteś moim ojcem?” Zatrzymała się na chwile przy elfie Silisenie, zdając się rozpoznawać swojego zabójce, po czym tanecznym krokiem oddaliła się, wabiona dziwnym zewem do Matecznika. Obrońcy w pełnej gotowości czekali na atak. Wkrótce zaczęli przybywać ze strony Wrzasków przerażeni uciekinierzy, opowiadając o nadciągających nieumarłych. Po chwili faktycznie nadeszli ożywieńcy... lecz była ich jedynie garstka, która natychmiast została rozsiekana przez ziomków. Większa ilość napastników się nie pojawiła. „To cała siła Zachaganitów?” Pomyślał komenderujący Drużyną Wojski. ”Taki mieli plan? Zająć gród za pomocą kilku martwiaków? Chyba coś im poszło nie tak.. chyba że chcieli...” „... zatrzymać wszystkich zbrojnych w grodzie, by nic nie zakłóciło nam naszej ceremonii” wyszeptała Pajęczyca, bawiąc się jedną z nici oplatających wnętrze starej budowli. Siewczyni była już na miejscu... tak jak i Dzierżymir z Darronem, swoim nowym sługą. Mistrz areny, od czasu gdy wszedł w posiadanie Zimnego Płomienia, został opętany bowiem przez Ammafira, plugawego demona, czy też boga, przeistoczonego z czarnoksiężnika, który rok temu, w Kruczej Twierdzy, odegnał przez portal czarnego smoka. Owemu Ammafirowi wiernie acz skrycie służył też... ławny Dzierżymir. Korzystając z nieobecności w Mateczniku i Wrzaskach zbrojnych ziomków , kultyści mogli snuć swe plany, oddawać się mrocznym praktykom i kłócić o wyższość Zachagana nad Ammafirem. Ta ostatnia kwestia stała się co prawda kością niezgody,uniemożliwiając współpracę Pajęczycy i Dzierżymirowi, jednak i tak bezkarni, dobrze poinformowani o sytuacji w grodzie kultyści mogli rozszerzać swe panowanie nad ziemiami wokół Prasslawi. Po przedłużającym się oczekiwaniu, zgromadzeni w grodzie zrozumieli, że muszą sami poszukać wroga w Mateczniku. Naprędce i samorzutnie sformowała się liczna zbrojna grupa, niemal krucjata, która wraz z zachodzącym słońcem wyruszyła w kierunku Wrzasków. Po przeczesaniu wsi i pozostawieniu małego oddziału na straży w oczyszczonej poprzedniego wieczora Świątyni, śmiałkowie zapuścili się w głębsze ostępy Matecznika. Lokalizacja zamczyska Pajęczycy, będącego teraz siedliskiem Zachaganitów, była dobrze znana. Szanse na znalezienie i unicestwienie bluźnierców wydawały się wtedy takie duże... Choć z drugiej strony, do niektórych zaczęła już docierać straszna prawda. Nici Złego mocno oplotły już Księstwo. Jego wyznawcy byli wśród ziomków wszystkich stanów. Zamachowiec który zgładził arcykapłana Biermuckiego bez trudu wcześniej dołączył do grona osób które brały udział w uroczystości. Zasadźca i Siewczyni od dawna prowadzili swą podłą działalność tuż pod nosem najbardziej wpływowych Ziomków. Dzierżymir był ławnym... Nic więc dziwnego, że teraz kultyści byli doskonale poinformowani o wyruszającej na nich wyprawie, która po dotarciu na Pajęczą Górę zastała jedynie puste ruiny... „Głośniej! Krzycz głośniej!” Dziewczęcy głos zmory, głos Idril aep Scatach, wibrował w murach Świątyni Dumiel i Vortha. Pajęczyca wraz ze swą świtą wymknęła się wyprawie ziomków i korzystając z faktu, iż pozostawili na straży Świątyni jedynie nieliczną grupkę z łatwością zniweczyła dokonane poprzedniego wieczora przez dawnowierców oczyszczenie świątyni. Sparaliżowany strażnik świątyni skręcał się z bólu.. Sama Pajęczyca pochyliła się nad drugim ze strażników, kontynuując lekcję zadawania niewyobrażalnego cierpienia. Była szczęsliwa, gdyż znalazła w Idril pojętną uczennicę, która była w stanie dzielić z nią rozkosz cudzego bólu i uwolnić przeklętą staruszkę od ciążącej jej samotności. Nad Księstwem Świn i Bolkowa zapadła ciemność. Tak skończyło się święto Belletyn. Świt MrokuRanek 14 czerwca był w Prasslawi gorący, pylisty i gwarny. Książę siedział pośrodku dziedzińca na zaimprowizowanym tronie, gotów wysłuchać głosu ludu. Wieść, iż Gniewko II udziela publicznej audiencji rozeszła się szeroko po okolicznych ziemiach, a ziomkowie, nawet z daleka, ściągnęli tłumnie. Młody monarcha siedział we władczej pozie, wysłuchując poddanych. Nie sprawiał wcale wrażenia, jakby trapił go poważny kłopot. Patrząc na księcia nie sposób było domyślić się że Prasslaw, i całe księstwo staje w obliczu poważnego problemu. Gniewko był wytrawnym politykiem. Wieści o wydarzeniach w Mateczniku ława nie mogła dłużej taić przed monarchą. Wprowadzony w szczegóły sytuacji nie wybuchł gniewem, lecz głęboko się zamyślił. Ławni zaczęli się naprawdę bać. Jedyny obecny w grodzie kapłan Vortha należał do orszaku przybyłego z księciem. On to wyczuł, iż kraina została całkowicie pozbawiona opieki bogów. Wyczuł też to, co miejscowi mogli zauważyć – wśród ziomków z Prasslawi nie pozostał przy życiu ani jeden kapłan czy kapłanka Dumiel bądź Vortha. Grupa elfów pod wodzą błękitnego wojownika zbliżyła się do księcia. Dawny Lud wnosił o nadanie, czy też uznanie ich domeny w okolicznych lasach. Odpowiedział im krzyk niechętnych ziomków, tłuszczy która nie chciała innorasowców na swoich ziemiach. „Precz z elfami!” - dało się słyszeć. Książę jednal przychylnie odniósł się do prośby leśnego ludu, ogłaszając „Prawo jednego strzału”. Następnie do tronu podeszli Kruczy Bracia oddać hołd księciu. Nieśli na marach ciało swego przywódcy, komandora Szafira, bohatersko (przynajmniej według relacji współbraci) poległego w bitwie o Pajęczą Górę. Kolejni petenci - grupka żeglarzy - zbliżali się za nimi, gdy wtem od bramy miasta dał się słyszeć huk, brama gwałtownie rozwarła się i buchnął zeń gęsty dym. Z brudnoszarego obłoku, wprawiając wszystkich w przestrach, wyłoniła się Pajęczyca, wraz ze swym zakapturzonym orszakiem. Jej pretorianie ciągnęli na łańcuchach jakichś dwóch półżywych jeńców. W demonicznym orszaku niektórzy rozpoznali Idril, inni parę mrocznych elfów. Drużyna i zbrojni otoczyli przybyszy gotując się, z bezpiecznego dystansu, do ataku, gdy wtem Pajęczyca oznajmiła powód swego przybycia. Otóż przybyła ona... z sąsiedzką wizytą do Gniewka, którego prosiła o posłuchanie. Przerażenie zebranych ziomków zmieszało się z osłupieniem. Młody książę bardzo nieznacznie zacisnął usta i niemal nie zadrżał mu głos, gdy kazał dopuścić do siebie przybyłych, by przedstawili, co też mają do powiedzenia. Zwykle hałaśliwi ziomkowie w ciszy słuchali, jak potwór skrzecząc przedstawił się jako Władczyni Pajęczej Góry, przybyła z sąsiedzką wizytą. Nie dowierzając bezczelności potworzycy, Gniewko odparował: „A cóż niby miałoby mnie odwieść od zbrojnego przywrócenia porządku w okolicach Prasslawi... ze szczególnym uwzględnieniem Pajęczej Góry?” „To mianowicie, że wasi bogowie was opuścili” - odrzekła, sycząc, Pajęczyca – „a wy straciliście kapłanów którzy mogliby was zbliżyć do Vortha czy Dumiel... Mogę wam ich zwrócić”. Na te słowa towarzysze potworzycy odsłonili twarze dwójki jeńców. Zebrani oniemieli, patrząc na swoją kapłankę i kapłana w postaci plugawych ożywieńców, klęczących w kurzu dziedzińca. Przez moment zdawało się że wszyscy wstrzymali oddech. ”Pojedynek!” - wykrzyknął lękliwie ktoś z tłumu – „Mamy championa, champion nas uratuje! Książę, rozkaż pojedynek!” Młody książę widząc strach swego ludu zaproponował Pajęczycy układ, w którym jej warunki zostałyby przyjęte, jeśli jego champion pokona wystawionego przez nią wojownika. Pajęczyca zaśmiała się obrzydliwie i na arenę, którą utworzył krąg ludzi, wyszedł mroczny elf. Z drugiej strony lud okrzykami dodając otuchy wystawił swego championa. I tu historia mogłaby się zakończyć... gdyby nie stało się coś nieoczekiwanego. Kiedy szampierze wznieśli broń do pierwszego ciosu, drugi mroczny elf, ten z paskudną blizną na twarzy, gwałtownym wypadem ciął swojego pobratymca. Dante zamarł, zwinął się jakby w piruecie i padł nieżywy. Lud wstrzymał odech i chwilę potem zaczął wiwatować. Przez hałas i radość przebił się głos Pajęczycy. Krzyczała, że książe zdradził i nie dotrzymał umowy. Żądała głowy zdrajcy, który przerwał honorowy pojedynek i domeny jako rekompensaty. Książę jednak, widząc wolę swego ludu kazał podejść mrocznemu elfowi do swego tronu. Elf z dumą na twarzy i satysfakcją w spojrzeniu podszedł do stóp tronu, po czym przykląkł przed władcą oczekując wyroku. Tłum tymczasem krzyczał „uniewinnij”, w nagłej wdzięczności mrocznemu wojownikowi. Książę zaś kazał odczytać Zwierciadło Praw i chociaż wola ludu była jasna, prawo też było niewzruszone. Gniewko w swej łaskawości wygnał z grodu mrocznego elfa i skazał go na banicję. Lud znów począł wiwatować. Tymczasem Pajęczyca nie próżnowała; odwróciwszy się, plugawym rytuałem próbowała wskrzesić swego championa. Tego było jednak za wiele dla ziomków. Rozległ się pomruk nienawiści i Wojski, mając już dosyć tego wszystkiego, dał znak do ataku. Wtedy rozpętało się piekło. Zbrojni ziomkowie rzucili się na Pajęczyce i jej orszak napotykając wszak silny opór. W ogólnym zamęcie Wojski zbierał Drużynę, magowie z Akademii naprędce wyszperali starą księgę z opisem rytuału pozwalającego odgnać Idril aep Sctach. Gdy na dziedzińcu trwała rąbanina, czarodzieje rozpoczęli inkantację. Gdy tylko pomyślnie się zakończyła, a demonetka znikła odesłana w zaświaty, magowie przezornie otworzyli teleport i ucieki z Prasslawi. Był to już jednak koniec zamieszania... trupy towarzyszy Pajęczycy leżały na dziedzińcu, choć ich pani udało się uciec. W piachu widać było również ciała kilku ziomków oraz... księcia. Nieznany zamachowiec wykorzystał sytuację, by odebrać życie monarsze. Ławni w posępnej ciszy znosili ciało księcia na Świnach i Bolkowie, jego wysokości Gniewka Drugiego, który zginął bezpotomnie, do komnaty. Było jasne, iż Księstwo Świn i Bolkowa czekają ciężkie czasy. Wybranie następcy księcia może zająć wiele czasu, w przeciwieństwie do reakcji Antalii na los, który stał się udziałem jej wysłanników. Vorth i Dumiel są teraz odleglejsi niż kiedykolwiek, ciężko więc liczyć na boską pomoc. Zaś co do Pajęczej Góry... stało się to, co wydawało się być już dawno zapomnianym koszmarem. Mrok i plugastwo nie są już domeną nocy i odległych krain. Zachaganizm nie jest już plotką czy teorią spisku wykorzystywaną przez Inkwizycję. Od dziś, by spojrzeć w twarz horrorom wystarczy pójść ścieżką do Matecznika i nie zawrócić w odpowiednim miejscu. Potwory, krwawy ołtarz, bluźniercze rytuału – to dzieje się tuż obok nas, siedem setek kroków za wsią Wrzaski. I nie mamy sił, by się temu przeciwstawić. Tego dnia, w którym zginął Gniewko Drugi, o świcie, mistrz areny, Darron, dzierżąc Zimny Płomień opuścił Prasslawię. Kierowany rozkazem Dzierżymira wyruszył w kierunku Księstwa Wzgórza w jednym celu. Zabić smoczycę Chryseis. Od dziś, strach przed ciemnością jest jak najbardziej uzasadniony. Czeka nas czas mroku i grozy, ognia i krzyku. Przygotujcie się na nadejście Królestwa Ciemności Grishna. Przygotujcie się na Fantazjadę 2010. |






















